Hol, drzwi, pusto, cicho... nagle, powoli, z obydwu stron korytarza zaczyna wlewać się krew... hektolitry krwi. Kamera stoi nieruchomo i obserwuje jak czerwona fala powoli i konsekwentnie zbliża się, rozbryzgując się o ściany i napotkane na drodze przedmioty. Wreszcie krwawa powódź dociera do kamery, zalewa cały ekran i wtedy dopiero pokazuje się napis który przejdzie do historii kina na zawsze, a który brzmi: "Lśnienie". Tak wyglądał w całości, niesamowity trailer reklamujący film Kubricka z 1980 roku. Sekwencja ta powstawała przez cały rok, bo Kubrick znany z maniakalnego wręcz perfekcjonizmu, uparcie twierdził, że sprowadzona na plan czerwona substancja, jest wciąż i wciąż zbyt mało podobna do prawdziwej krwi.
Czołówka "Lśnienia" to przykład na niezwykłą prostotę formy i paradoksalnie geniusz w budowaniu atmosfery już na etapie napisów początkowych. Stanley Kubrick wyrobił kilometry taśmy filmowej, aby nakręcić z helikoptera malownicze plenery, będące ilustracją tej, hipnotyzującej, niezapomnianej czołówki (niektóre niewykorzystane ujęcia trafiły po kilku latach do napisów końcowych znakomitego "Blade Runner"). Zaczyna się film, kamera sunie nad wodą, przelatuje nad wysepką i drzewami... a wszystko przy akompaniamencie klimatycznej muzyki, która po chwili zmienia oblicze niczym świetliste anioły z Arki przymierza, zmieniające się nagle w demony śmierci - w "Poszukiwaczach zaginionej Arki". Kamera sunie dalej, nad góry i lasy, w końcu ukazuje się jadący samochód; to Jack jedzie swoim Volkswagenem aby podpisać umowę z właścicielami hotelu "Overlook". Nie wie, że za chwilę podpisze dokumenty, które zmienią losy rodziny Torrance'ów i historię kina grozy - na zawsze...
"Lśnienie" to film który można rozpatrywać na kilku płaszczyznach; religijnej, jeśli przyjąć że zło rodzące się w Jacku to kuszenie przez piekło pod postacią duchów osób zmarłych śmiercią różną, w ciągu wielu lat historii hotelu "Overlook". Za tą wersją przemawia fakt, że hotel zbudowany został na indiańskim cmentarzysku, oraz to, że wszyscy: Jack, Wendy i Danny doświadczyli spotkania z duchami. Psychologiczną, jeśli założyć, że Jack doznał zwykłego rozdwojenia jaźni - łatwo bowiem zauważyć, że zawsze gdy wchodzi w relacje (rozmowy, bliższy kontakt) czy to z kobietą z wanny, czy to z barmanem Lloydem, czy w końcu z Delbertem Grady (kelner który zalał Jacka likierem), patrzy w lustro; lustro w pokoju 237 - gdy spostrzega, że dziewczyna którą obejmuje, to tak naprawdę rozkładające się ciało starej kobiety, lustro za barem - do którego zaczyna mówić Jack, zanim przed jego oczami nie pojawi się Lloyd (jakby na zawołanie) a na regale nie zagoszczą dziesiątki butelek upragnionego alkoholu, czy w końcu lustro w łazience - które znajduje się za plecami Delberta Grady - zatem jeśli Delberta tam nie było, to Jack mówił... wprost do lustra właśnie. Jedynie w scenie w spiżarni nie ma lustra, co wcale nie przeczy teorii o schizofrenii Jacka, gdyż 'rozmawia' z Gradym przez zamknięte drzwi, a ten ani razu nie jest pokazany. Ciekawostką jest fakt, że Grady którego Jack spotyka na balu z okazji święta 4 Lipca w roku 1921, ma na imię Delbert, a Grady który był opiekunem hotelu w roku 1970 będzie miał na imię Charles - ta różnica imion pokazuje, że Grady podobnie jak Jack, był w Hotelu "Overlook"... dwukrotnie, raz jako pracownik (młody Jack na zdjęciu które jest ujęciem zamykającym "Lśnienie" stoi przecież wśród uczestników balu AD 1921 !!!), drugi raz jako opiekun dopuszczający się zbrodni na małżonce i dziecku / dzieciach.
Wracając jednak do teorii o schizofrenii (bo znacznie odbiegliśmy na chwilę od tematu); jeśli przyjąć tę teorię za prawdziwą, to w hotelu "Overlook" nie było żadnych duchów (co zaprzecza wersji religijnej), a Jack z powodu izolacji i ciągłego przebywania jedynie w towarzystwie upierdliwej, zrzędliwej żony (z permanentnym wytrzeszczem) i chorowitego synka, doznał książkowego wręcz przykładu schizofrenii i zaczął mówić sam do siebie, a co za tym idzie; wydawać sobie polecenia i rozkazy (w zakres tego wchodzi również usprawiedliwianie się przed samym sobą ze swoich zbrodniczych zapędów), jak również nagany za 'złe załatwienie sprawy z żoną i dzieciakiem'. Teorię o schizofrenii doskonale uzupełnia ujęcie, gdy Jack idąc pierwszy raz do sali balowej "Cold room", cedzi słowa przez zęby, mówiąc do siebie - pierwsze oznaki rozdwojenia jaźni jak ulał! Niestety, jak w każdej śmiałej teorii, tak i w tej jest pewna luka. Jeśli bowiem duchy w hotelu "Overlook" nie istniały, to kto w takim układzie otworzył drzwi spiżarki, w której Wendy zamknęła Jacka? Na upartego można założyć, że owe drzwi posiadały klamkę bezpieczeństwa, która po naciśnięciu od wewnątrz (wszak Jack podczas błagania Wendy o otwarcie drzwi, lewą ręką opiera się mocno o coś, na kształt klamki - jednak nie przekręca jej) otwierała drzwi, jednak jest to już zbyt mocne dorabianie faktów do ideologii, zatem sprawę schizofrenii Jacka pozostawmy na razie w zawieszeniu i przejdźmy do trzeciej, ostatniej płaszczyzny filmu. A ostatnią płaszczyzną, na jakiej rozgrywa się (czy też może się rozgrywać) historia opowiedziana w filmie przez Kubricka (do książkowego oryginału Kinga przejdziemy za chwilę, bo to zupełnie inny temat ;) to proste, ludzkie ułomności, które stały się przyczynkiem tragedii jaka rozegrała się w rodzinie Torrance'ów. Jack, nie mogąc przyznać się przed rodziną i sobą do zwykłego braku talentu pisarskiego (wszak nic się w filmie nie mówi o jakichś dotychczasowych sukcesach pisarskich Jacka), popada stopniowo w szaleństwo. Wciąż powtarza żonie, że to wszystko przez nią ("Spierdoliłaś mi całe życie") a swoje pisarskie próby traktuje absolutnie serio, choć jedyne co udało mu się napisać przez kilka miesięcy pobytu w "Overlook" to setki stron zawierających jedno zdanie: "Nudzą Jacka takie sprawy, ciągła praca, brak zabawy" (Kubrick zrobił kilka wersji bełkotliwej twórczości Jacka, w zależności od kraju wyświetlającego film, na przykład we Włoszech widzowie mogli przeczytać kilkaset razy napisane powiedzenie: "Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje", w Niemczech: "Nie odkładaj na jutro tego, co możesz zrobić dzisiaj", a Hiszpanie coś w stylu: "Nie chwal dnia przed zachodem słońca" - jakby nie patrzeć, polska wersja jest najciekawsza ;). Nie może się Jack pogodzić z tym, że jedyne co naprawdę potrafi, to odśnieżać podjazdy, czy pracować w myjni (sam Stephen King imał się kiedyś tych zajęć), czy to co stara się robić aktualnie, czyli pilnować/ doglądać hotelu. Swoimi pisarskimi porażkami obarcza wszystko i wszystkich, tylko nie siebie. Dodając do tego narastające poczucie izolacji, działające na nerwy towarzystwo żony i synka, oraz wypity alkohol (choć jeśli przyjąć wersję schizofreniczną, to żadnego alkoholu nie było) - powstała mieszanka wybuchowa i nic innego Jackowi nie pozostało, jak złapać za topór i rozwalić wszystkich i siebie, bo przecież nudzą Jacka takie sprawy, ciągła praca, brak zabawy ;)
O ile znakomita większość filmu zbudowana została powolnymi, przemyślanymi do perfekcji ujęciami (tak przemyślanymi i tak perfekcyjnymi, że Shelley Duvall jedno z ujęć powtarzała skromne 127 razy, a Scatman Crothers - który zagrał obok Nicholsona także w "Locie nad kukułczym gniazdem", powtarzał ujęcie 'lśnienia' w swojej sypialni, aż 120 razy, a Kubrick chciał nakręcić scenę śmierci Hallorana aż 70 razy, co Nicholson wybił reżyserowi z głowy, tłumacząc, że 70-letni - wówczas - Scatman Crothers nie powinien grać tej sceny więcej, niż 40 razy - tak, to jest zdecydowanie najdłuższe i najbardziej zagmatwane zdanie w tym tekście ;), a akcja rozwijała się niezwykle wolno, tak moment, w którym Jack zaczyna toporem rozbijać drzwi, to absolutne przeciwieństwo wszystkiego, co do tej pory reżyser nam pokazał - jakby szykował się przez cały film do nagłego, końcowego skoku i szybkiego, nieoczekiwanego ataku. Oto bowiem, nagle, ospałą, leniwą (choć dziwnym trafem niezwykle sugestywną) i gęstą atmosferę pustego pozornie hotelu 'Overlook', przecina ostrze topora. I przecina w sposób zupełnie nieszablonowy! Niezbyt dynamiczna do tej pory kamera, nagle ożywia się i podąża za ramieniem Jacka, towarzysząc mu z dokładnością chirurga przy uderzeniu i zamachu, zamachu i uderzeniu - oko kamery biega od lewej do prawej strony ekranu, powodując porażające uczucie, jakbyśmy obserwowali stojąc tuż obok, szokujący atak Jacka na drzwi pokoju, w którym przebywa Wendy i Danny. Co więcej, Kubrick nie bojąc się pozornie nudnych powtórek, każe swojej kamerze śledzić nie jedno, czy dwa uderzenia toporem w drzwi, ale aż 6 (resztę z 17 uderzeń, jedynie słychać), aż do wyrąbania w drzwiach dziury odpowiedniej, by wsadzić tam rękę i przekręcić klucz. W dzisiejszych czasach, taka scena zostałaby zapewne sfilmowana przy pomocy niezwykle dynamicznych 20 ujęć i 40 szybkich cięć montażowych. Ale nie u Kubricka, wszak "Lśnienie" pełne jest niestandardowych rozwiązań formalnych; kamera Steadicam podążająca za Dannym, który pędzi po korytarzach swoim trójkołowcem (operator siedział na wózku inwalidzkim i pchany był przez członków ekipy, aby można było sfilmować rajdy Danny'ego po hotelowych korytarzach), czy też ujęcie Jacka próbującego ubłagać Wendy o otworzenie drzwi spiżarni (według materiałów dokumentalnych sam Kubrick leżał na podłodze obok operatora kamery - pod Jackiem Nicholsonem, osobiście pomagając w tworzeniu tego niezapomnianego ujęcia!).
Wracając do 'sekwencji toporowej', po wyważeniu pierwszych drzwi następuje seria monologów Jacka, które z miejsca znalazły swoje miejsce wśród klasyki filmowych tekstów. Po wejściu przez drzwi, Jack od progu 'radośnie' woła: "Wendy, I'm Home!" (jawne nawiązanie do kreskówki Hannah Barbery "Między nami Jaskiniowcami"). Gdy zaś Jack podchodzi do drzwi łazienki (za którymi jest Wendy) i zanim przystąpi do wyrąbania sobie drogi, przybiera wyraz twarzy 'złego wilka' mówiąc: "Świnki, świnki wpuśćcie mnie... Za nic nie wpuścimy Cię! Bo chuchnę, i dmuchnę i domek Wam zdmuchnę!" (ten tekst Jack Nicholson zaczerpnął z kreskówki Warnera) po czym ponownie (kolejnych 12 uderzeń topora!) następują arcygenialne ujęcia z tego samego punktu widzenia co w przypadku wyważania drzwi do sypialni; Kubrick naprawdę nie bał się powtarzania tego samego rozwiązania wizualnego, bo wiedział jak potężna siła przekazu kryje się w tym, tak pozornie błahym ujęciu. Po chwili, gdy już Jack wsadza głowę do łazienki przez wyrąbaną uprzednio dziurę, wypala do Wendy tekstem: "Here's Johnny!!!" (Nicholson zapożyczył to zawołanie od Johna Carlsona, który w ten sposób rozpoczynał swój telewizyjny show "The Tonight Show Starring Johnny Carson" z roku 1962). Film "Lśnienie" jest dziś legendarny, kultowy, klasyczny (niepotrzebne skreślić lub potrzebne dopisać). Po części dzięki właśnie końcowym tekstom wygłaszanym przez Jacka, dzięki scenie otwierania drzwi za pomocą topora (ciężko zapomnieć ten dynamiczny ruch kamery śledzący każde uderzenie!) oraz oczywiście dzięki wielkiej kreacji aktorskiej Jacka Nicholsona - co najlepiej widać podczas rozmów z Lloydem - genialnie pokazane rodzące się szaleństwo (ah, ten demoniczny śmiech) malujące się na diabelskiej twarzy Nicholsona (niemal zwierzęco / szatańską fizjonomię Nicholsona wykorzystano jeszcze w filmach: "Czarownice z Eastwick" George'a Millera z roku 1987 - rola diabła, "Wilk" Mike'a Nicholsa z roku 1994 - rola wilka, i oczywiście rola Jokera w "Batmanie" Tima Burtona z roku 1989, którą to rolę mógł zagrać niemalże bez charakteryzacji ;) oraz dzięki wygłaszanym z niezwykłym spokojem słowom w stylu: "Wendy, ja nie chcę Ci zrobić krzywdy... chcę Ci tylko rozwalić łeb" i ostatecznie dzięki wyrazowi twarzy, w nieśmiertelnej scenie "Here's Johnny!" - Akademia filmowa nie dostrzegła niestety znakomitego aktorstwa Nicholsona, podobnie jak kilka lat później bez echa przez Oscarowy młyn przejdzie jeden z najsłynniejszych filmów SF "Blade Runner" i fenomenalna wręcz rola Rutgera Hauera. Co więcej, sam Stanley Kubrick został za "Lśnienie" nominowany do Złotej Maliny (na szczęście tylko na nominacji się skończyło) za najgorszą reżyserię, a Shelley Duvall za najgorszą rolę kobiecą - z czym akurat łatwiej się zgodzić, gdyż jeśli w "Lśnieniu" szukać w ogóle jakichś słabych punktów, to bez wątpienia należałoby wskazać właśnie rozwrzeszczaną i spanikowaną do przesady Shelley Duvall. Z drugiej jednak strony, obśmiewana i krytykowana za przesadę i przerysowanie, rola Shelley Duvall, mogła być celowym zabiegiem reżysera, który świadomie obsadził w roli Wendy aktorkę, która nadała jej cech tak drażniących, żeby widz wręcz kibicował Jackowi, by ten dopadł wreszcie tę upierdliwą, rozhisteryzowaną, zapłakaną, wciąż marudzącą babę i zamknął jej usta raz na zawsze ;) Za to absolutną ciekawostką obsadową pozostaje do dziś Danny Lloyd (Jack Nicholson i Danny Lloyd w filmie zagrali postacie o takich samych imionach jak ich własne :), który mając podczas realizacji filmu zaledwie 7 lat, w czasie zdjęć nawet nie wiedział że występuje w horrorze - Kubrick musiał zdrowo kombinować, aby Danny grał przerażenie tak jak trzeba, choć na planie nie było przed jego oczami niczego strasznego ;) Dowiedział się o tym dopiero po premierze, a "Lśnienie" pozostaje do dziś jego pierwszym i ostatnim występem przed kamerą. Monolog: "Redrum, redrum, redrum..." (ciekawe, czy skrzeczący, przyprawiający o ciarki na plecach głos Danny'ego w tej scenie należał w istocie do małoletniego aktora?) i stoicki spokój aktorskiej gry w tej scenie, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych filmowych cytatów wszech czasów. Obecnie Danny Lloyd jest nauczycielem w stanie Illinois w USA i w żaden sposób nie jest związany ze światem filmu.
[ Autor tekstu: Rafał Donica - DUX ]